sobota, 24 marca 2012

Stary nowy wieszak :)

Witajcie,



To nie jest tak, że mnie nie ma ! Ja jestem - ale tak w cieniu - czuwam! Oglądam wasze blogi gdy mam wolną minutkę, choć raczej nie mam czasu na komentarze ani u Was, ani nawet na wpisy na własnym blogu!


Jestem zawalona pracą licencjacką, z którą, że tak brzydko powiem jestem w czarnej d...  no właśnie....


Mam do napisania cały 3 rozdział jeszcze i nie wiem czy nie będę musiała go zmienić, ze względu na materiały od firmy...ach....trzeci rok jest beznadziejny, ciągle nam dokładają zajęcia, bo skoro "kończymy wcześniej" (taa! miesiąc!) to trzeba przecież odrobić, czyż nie (no przecież to takie oczywiste, tylko studentom ciężko się z tym pogodzić).


I oprócz pracy, kolokwia itd - czyli stara śpiewka.


Ale dość marudzenia.


Obecnie pracuję sobie nad starym wieszakiem, który tata kiedyś wynalazł dla mnie na strychu.


Nie mam pojęcia ile tam przeleżał, ale patyna na metalu była po prostu CZARNA i okropna...chyba ze 30 letnia!


Pierwotnie miałam zamiar po prostu przejechać papierem ściernym i potem na biało pomalować (o tym za chwilę), tak samo jak zniszczoną, lekko reliefową drewnianą podstawę obskurną ze względu na stary, łuszczący się lakier niewiadomego pochodzenia i składu.


Długo nie miałam czasu ani chęci zabrać się za ten wieszak... ale wczoraj dostałam natchnienia, oddałam 2 rozdział pracy, stwierdziłam, że "ten weekend jest tylko dla mnie! żadnej szkoły! wszyscy won! ja maluję!".


Zaczęłam od niestety wyrywania (!!!) śrub (na szczęście tych z tyłu deski-na zawieszenie), które okazały się być pourywane, zardzewiałe i w ogóle blee - nie było opcji żeby je wykręcić. Delikatnie (jak się tylko dało) szczypcami trochę okręcałam, trochę wyrywałam i poszło!


Uff..


Teraz przód... tu już lepiej. Śruby miały pełne główki i można było, choć z trudem je odkręcić. Śruby równie czarne jak wieszaki.


Zdjęłam metalowe wieszaki i pomyślałam sobie - a co mi tam! Zobaczmy kotku co jest w środku :)
Wrzuciłam do standardowej mieszanki czyszczącej - soda z gorącą wodą w misce wyłożonej folią aluminiową. Wrzuciłam wieszaki (niech się dzieje! coś..jeszcze nie wiem co, ale niech się dzieje!) i wróciłam do deski.


Wyszlifowałam ją pobieżnie, wyrównałam troche drzazgi i mozolnie, małym papierkiem ściernym zaczęłam się bawić w usuwanie lakieru z tych zagłębień między reliefami ! MA-SA-KRA !


Ale ok....  XXX (czytaj DUŻO) minut później uporałam się z tym, wyszlifowałam resztę, odpyliłam i pomalowałam podkładem (Flugger Primer Fix).


Wróciłam do wieszaków. Moczyły się...sporo czasu. Z ciekawością, chropowatą ścierką (jak do garnków), zaczęłam czyścić wieszaki.... szorowałam, potem szorowałam, a jak skończyłam szorować i potem jeszcze szorowałam, to szorowałam...i moim oczom zaczęły się ukazywać przebłyski złoto-rudej barwy....zaraz zaraz...czy to to co ja myślę, że myślę.... ???


Nie.....pewnie nie.... ale czyszczę dalej. Czyszczę, szoruję, poleruję, ręce mi odpadają, a patyna cięęęężżżko schodzi (choć w miejscach gdzie wieszak wystawał z miski, czyli bez kąpieli sodowej, w ogóle nie schodziło, także soda była wybawieniem!).


Po kilku godzinach (tak, właśnie tak) - przerywanych bieganiem od miski z sodą i czyszczeniem wieszaków, a lataniem do pokoju, by położyć na drewnie farbę - po podkładzie cienka warstwa białej, potem jasnoszara, do tego przecierki świecą na wypukłych reliefach, potem znów biała itd., gdy szorowałam coraz zacieklej wieszaki, zaczynała wydobywać się nich prawdziwa, złoto-ruda natura...


MOSIĄDZ! MO-SIĄDZ ! Jak już były dość widoczne spod mega brudu blaski, już wiedziałam, że się nie mylę!


Cudnie!


No i co teraz...? I tu się odewał mój codzienny konflikt przy tworzeniu czegoś - moje dwa wewnętrzne "ja"


Pierwsze kocha shabby chic, biel, krem, różyczki, itd. itd.


Drugie namiętnie kocha antyki, stare drewno, MOSIĄDZ, metale, skórę , kamienie itd. itd.-generalnie średniowieczny zwierz.




Ha! I kto wygra!? Jak już pisałam, pierwotnie chciałam pomalować wieszaki na biało....ale na litość, to jest MOSIĄDZ.
M-O-S-I-Ą-D-Z !!! (wydzierało się do mnie moje drugie "ja").



Shabby, mosiądz, shabby, mosiądz....rany no....to jest okropne jak w człowieku walczą ze sobą dwie natury - w ogóle jakby chcieć iść na kompromis (np. przy urządzaniu domu) to porażka bo oni natura shabby, ani antyk nie są w pełni usatysfakcjonowane! a misz-masz wszystkiego mnie nie bawi!


Jak można się zdecydować na jedno, skoro na świecie jest tyle fascynujących stylów, wzorów i kolorów!? No to ok - po wielu próbach i latach najbardziej ograniczyłam się do shabby / antyk (staroć oryginalny).


Ale dylemat pozostał !!! To takie a%r$g!h! :(


Jak myślicie, co w końcu zrobiłam!?


Poszłam na nielubiany przez siebie kompromis.


Shabby + oryginał.


Deska biała (drewno było brzydkie, zniszczone, nie szkoda mi było) + Mosiężne wieszaki.


Nie mogłam. Po prostu nie mogłam ich pomalować, bo serce by mi pękło!!!! MO-SIĄDZ!!! To by było gorsze niż profanacja, gdyby popaćkać go farbą! Nie ma na coś takiego żadnego usprawiedliwienia !


No...to już wiecie jaką walkę wewnętrzną  mam w sobie przy każdej robionej szkatułce, odnawianym mebelku, wieszaku, czymkolwiek co mogłoby być i shabby i antyk !!! :(


Ale dość gadania!!! Już postanowione. Okropnie się męczę jak muszę się na coś zdecydować, podjąć decyzję, ale jak już w sobie zdecyduję, to wrzucam na luz i po prostu po sznurku realizuję swój niecny plan.


Wieszak w fazie produkcji, że tak powiem.


Jeszcze czeka deskę trochę malowania, potem przecierki, lakier itd. itd.


A mosiądz? No więc po wczorajszym, mozolnym czyszczeniu (co nie znaczy, że już jest czysty tak, jakby mógł być), dzisiaj daję dłoniom nieco odpocząć. Może wieczorem jeszcze podłubię przy nich. 


Dziś zabiorę się za deskę.


I garść zdjęć jak kto wytrwał tą moją paplaninę! Jesteście wielcy! :*


Zdjęcie 1 - tutaj wygląd wieszaków po pierwszej kąpieli w sodzie i pierwszym czyszczeniu (trochę się przymierzałam-jak widać, żeby może zostawić je takie trochę brudne....). Deska jeszcze nie ruszona





Zdjęcie 2 - piękne wyczyszone wieszaki (nie do końca, ale już nie miałam siły - jeszcze będę je doczyszczać w zakamarkach itd., ale najgorsza robota już za mną). Czyż to nie jest piękne ??? ^^




Zdjęcie 3 - malowanie deski - tutaj jedna warstwa białej farby po szarej. Dodam jeszcze jedną, może dwie jak zajdzie potrzeba. Potem przecierki, żeby na reliefach trochę szarego odkryć.



Właściwie to już widzę, że po skończeniu piękny będzie ten wieszak :) nie mogę się doczekać, ale trzeba być cierpliwym, nic na siłę.


Będe go powoli dopieszczać :)




Buziaki dla wytrwałych  !  :*


Pozdrawiam,


Agnieszka

 

3 uskrzydlających komentarzy:

Irmelin pisze...

Dziękuję za wstąpienie do mnie. Widzę, że tworzysz piękne rzeczy i przywracasz je do życia. Gratuluję.

free-soul pisze...

Też miałabym problem z decyzją...i chyba tez tak bym wybrała.Ja miałam podobną przygodę ze świecznikami.Piękne wyszły, a były czarne..i tylko przypadek zarządził ,że są odkryte..odprysnęła farba w jednym miejscu:)

TworzymyInaczej.pl pisze...

kochana nawet nie wiesz jak Tobie dziękuję za ten post. Teraz niech widzą inni jak wygląda praca renowatora. Ile to trzeba trudu ( w tym siły i pracy),aby coś odnowić, zmienić itd. No a o tym biciu się z myślami to już nawet nie wspomnę.
Jestem ciekawa efektu końcowego. Pozdrawiam Magda

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...